30-12-2016r.

Weź sobie zwój do pisania i napisz w nim wszystkie słowa, jakie powiedziałem do ciebie............ od dnia, kiedy zacząłem mówić do ciebie, ...............aż do dziś. Może …............nawrócą się każdy ze swego przewrotnego postępowania, tak że będę mógł odpuścić ich występki i grzechy (Jr 36, 2-3).

Takie słowa otrzymałam podczas modlitwy 29 listopada 2016r. Ponad miesiąc zwlekałam z rozpoczęciem pisania. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że po raz kolejny odłożyłam słowa Pana Boga na później. Jak zwykle, wszystko inne było ważniejsze. Dzisiaj jednak od samego rana nie opuszczała mnie myśl, że muszę zacząć pisać. Bóg jest cierpliwy, bo Miłość cierpliwa jest (1 Kor 13, 4) i czekał aż ubiorę w słowa cuda, których dokonał w moim życiu. Przez 49 lat sama kierowałam swoim życiem, nie biorąc pod uwagę istnienia Pana Boga. Sądziłam, że sama wiem najlepiej, co dla mnie dobre i co robić, aby być wiecznie młodą, piękną, bogatą i szczęśliwą. Nie martwiłam się o mądrość, bo jak prawie każdy, uważałam, że czego jak czego, ale rozumu Bóg mi dał aż nadto. Żyłam beztrosko i korzystałam z życia bo: coś mi się od życia należy, wszyscy tak robią, i tak nikt się nie dowie, jeśli nie teraz to kiedy?, itp...


Demony bardzo powoli, ale skutecznie wdzierały się do mojego życia, znieczulały i zniewalały, podsuwając coraz to nowe przyjemności. Czerpałam z niego pełnymi garściami i nie odmawiałam sobie żadnych doświadczeń ani przyjemności. A Bóg? Nie był mi potrzebny, bo po co, jeśli wszystko układało się wspaniale. Byłam przecież młoda, bogata, wykształcona, z odpowiednią pozycją w społeczeństwie i atrakcyjna, na co dowodów mi nie brakowało. Ludzie mnie podziwiali, a nawet zazdrościli. Czego chcieć więcej? Uważałam, że mam wszystko, Bóg więc był tylko z okazji świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Spowiedź raz w roku i najlepiej w Wielki Piątek i jakoś trzeba te dwa-trzy dni wytrzymać, bez grzechu ciężkiego, bo w Wielkanoc wypadało pójść do Komunii Świętej.

Nie zdawałam sobie sprawy, że wcześniej czy później, szatan zawsze wystawia rachunek za „swoje usługi”. I rachunek przyszedł, o wiele wyższy niż mogło mi się wyśnić w najgorszych koszmarach. Rachunek, który jak komornik, zabrał mi wszystko, co miałam i czym byłam. W końcu okazało się, że moje układanie sobie życia to, tak jak w przypowieści biblijnej, budowanie na piasku. Wszystko, co tak pieczołowicie tworzyłam, rozsypało się „w drobny mak”. Nawet nie było nad czym zapłakać. Byłam zdumiona i zszokowana. Patrzyłam na to wszystko, co się działo i nie mogłam uwierzyć. To nie był koszmarny sen, ale brutalna rzeczywistość. Znalazłam się na samym dnie.

Straciłam pracę przynoszącą mi ogromne pieniądze i prestiż. Opustoszały moje konta bankowe, odeszli znajomi i ci, którzy nazywali siebie moimi przyjaciółmi. Mężczyzna, z którym byłam, miłość całego mojego życia, który zapewniał mnie, że nigdy mnie nie skrzywdzi, że odda za mnie życie, że kocha mnie ponad wszystko na świecie, że nigdy mnie nie zostawi, znalazł sobie inną. Nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Myślałam, że to jakiś zły sen i modliłam się, żeby jak najszybciej obudzić się z niego. Kiedy uświadamiałam sobie, że to nie sen, tylko koszmarna rzeczywistość, zasypiając, modliłam się, żeby już się nie obudzić. Tak bardzo chciałam umrzeć, przerwać te niekończące się dni bólu, cierpienia, rozpaczy, łez, panicznego strachu, samotności, porzucenia i bezsilności. Modlitwa to rozmowa z Bogiem. A jak rozmawiać z kimś, kogo istnienie przez całe swoje życie, tak naprawdę, nie brało się pod uwagę?! Uświadomiłam sobie, że jeżeli Bóg nie istnieje, to nie mam do kogo zwrócić się o pomoc. Na samą myśl o tym ogarnęło mnie przerażenie. Moją jedyną szansą na ratunek była nadzieja, że BÓG JEST.


Mijały dni, tygodnie, miesiące i lata. W każdej chwili mojego istnienia szukałam oznak obecności Boga. Demony jednak nie chciały wypuścić mnie ze swoich szponów. Widząc, że szukam Boga, okazywały swoją wściekłość. Niekończące się dręczenia, depresje, stany lękowe, koszmary nocne i regularnie pojawiające się poczucie odrzucenia i samotności odbierały mi siły do życia. Któregoś dnia przypomniał mi się mój obrazek z Pierwszej Komunii Świętej i słowa, które tam widniały: Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną (Ap 3, 20). Modliłam się tak, jak umiałam, ale drzwi mojego serca, nieotwierane przez te wszystkie lata, zardzewiały. Jednak Bóg rozmawiał ze mną. Wyjaśniał, dlaczego moje życie tak się potoczyło: Ty bowiem mówisz: „Jestem bogata”, i „wzbogaciłam się”, i „niczego mi nie potrzeba”, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsna i godna litości, i biedna, i ślepa, i naga. Radzę ci kupić u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogaciła, i białe szaty, abyś się oblokła, a nie ujawniła się haniebna twa nagość, i balsamu do namaszczenia twych oczu, byś widziała (Ap 3, 17-18).


Od tamtej pory postanowiłam, że wszystkie moje siły poświęcę na otwarcie przed Bogiem drzwi mojego serca, niezależnie od tego, jak bardo są zardzewiałe i jak bardzo szatan nie chce na to pozwolić. Wtedy, powoli zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, że czeka mnie walka ponad moje ludzkie siły, że bez Boga nie mam szans i że nie jest to walka przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw duchowym pierwiastkom zła na wyżynach niebieskich (Ef 6, 12).

Była niedziela, 7 sierpnia 2016 roku. Ledwie świtało.
Obudziłam się przerażona. Groza wypełniała pokój, a serce zamierało mi ze strachu. Demony bardzo mocno dały o sobie znać. Pojawiły się uporczywe myśli, że jestem potępiona, że już nic w życiu nie osiągnę, że jestem do niczego, że Bóg mnie odrzucił, że nie ma dla mnie zbawienia, że Bóg mnie nie kocha, że nikt mnie nie kocha, że nie można mnie kochać, że nigdy nie będę wolna, szczęśliwa, że nie jestem warta miłości, że powinnam skończyć z takim życiem, bo nie ma już dla mnie nadziei. Płakałam jak dziecko. Zwinęłam się w kłębek w rogu mojego łóżka i chowając twarz w dłoniach, zaczęłam błagać Boga o pomoc. Nie mogłam oddychać. Zapadałam się w czarną, przerażającą, bezgraniczną pustkę.

Resztkami sił wyjęłam spod poduszki różaniec i zaczęłam odmawiać Tajemnice bolesne. Z każdym Zdrowaś Maryjo odzyskiwałam oddech i powoli ciemność przestawała mnie pochłaniać. Nagle czas i przestrzeń przestały istnieć i mieć jakiekolwiek znaczenie. Kiedy otworzyłam oczy, klęczałam przy łóżku z różańcem w ręku. Spojrzałam na zegarek. Była godzina 10:00. Uświadomiłam sobie, że w takim stanie trwałam przez kilka godzin.

Czułam, że muszę znaleźć egzorcystę. Włączyłam laptop i wiedziałam, choć nie wiem skąd, że to powinien być ks. Marian Rajchel. Kiedyś, przez przypadek, usłyszałam o nim, a teraz nie miałam wątpliwości, że za wszelką cenę muszę go odszukać, muszę się z nim spotkać. Niestety, mimo wysiłków, nie znalazłam do niego żadnego kontaktu. Jedyną informacją, jaką udało mi się znaleźć, była wzmianka, że ks. Rajchel kilka miesięcy wcześniej prowadził spotkanie modlitewne w Klasztorze Braci Mniejszych Kapucynów w Stalowej Woli - Rozwadowie. Ucieszyłam się, bo właśnie brat Andrzej - kapucyn, od jakiegoś czasu zgodził się być moim „duchowym lekarzem pierwszego kontaktu”. Miałam do niego telefon i nie czekając ani chwili dłużej, zadzwoniłam. Dzięki Bogu, odebrał. Przywitał się ze mną serdecznie i kiedy usłyszał: „Proszę brata, jestem w bardzo złym stanie. Błagam o pomoc”, bez wahania zaprosił mnie na rozmowę.

Kiedy dojechałam do klasztoru, już czekał na mnie przed wejściem. Wiedziałam, że znalazłam się w dobrych rękach. Weszliśmy do rozmównicy. Musiałam wyglądać nie najlepiej, bo brat Andrzej głosem łagodnym, ale stanowczym, powiedział, że przed rozmową musi mnie nakarmić. Nie czułam głodu mimo tego, że od kilku dni nic praktycznie nie jadłam. Kiedy zobaczyłam talerz z jedzeniem, wydawało mi się, że nie będę w stanie przełknąć ani kęsa. W wyobraźni, przyniesiony posiłek, urósł do gigantycznych rozmiarów, a szatan podszeptywał mi, że muszę odmówić zjedzenia czegokolwiek. Tak też zrobiłam, ale brat Andrzej nie przyjął mojej odmowy i ostatecznie, aby nie sprawić mu przykrości, zjadłam kawałek mięsa, odrobinę ziemniaków i surówki. Nie spodziewałam się, że pierwsze kęsy okażą się takie pyszne. Nie wiedziałam, kiedy zjadłam wszystko, co dostałam. Od razu poczułam się lepiej i mogłam nawiązać rozmowę.

Pokrótce opowiedziałam o wydarzeniach, których doświadczyłam i o tym, że bardzo potrzebuję spotkania z ks. Marianem Rajchlem. Wydawało się, że nie będzie żadnego problemu ze znalezieniem kontaktu telefonicznego. Brat Andrzej miał zapisany jego numer. Zaczął więc przeglądać swoją książkę telefoniczną, ale ze zdumieniem stwierdził, że numer telefonu do ks. Rajchla zniknął. Próby znalezienia kontaktu telefonicznego u innych braci w klasztorze też się nie powiodły. Było to tym dziwniejsze, że telefon ten był ogólnie dostępny i bracia wiele razy udostępniali go potrzebującym. Jedyne co dostałam to adres: Klasztor Sióstr Benedyktynek, ul. Benedyktyńska 5, 37-500 Jarosław. Pożegnałam się z bratem Andrzejem, wsiadłam do samochodu i bez namysłu ruszyłam w drogę do Jarosławia.

Nigdy do tej pory nie byłam w Jarosławiu, nie mówiąc już o tym, że nie miałam pojęcia o istnieniu tam opactwa benedyktyńskiego. We współczesnym świecie, na szczęście, to nie problem. Wystarczy włączyć nawigację. Bałam się tej podróży, bo domyślałam się, że demony zechcą zrobić wszystko, abym nie dojechała do Jarosławia. Znowu wzięłam do ręki różaniec i po dwóch godzinach drogi, szczęśliwie byłam na miejscu. Przed wejściem do klasztoru na bramie wisi krzyż z informacjami o Mszach Świętych. Było parę minut przed 17:00, a na tablicy widniał napis, że właśnie o 17:00 rozpoczyna się Eucharystia. Nie zastanawiając się, weszłam do kościoła (chociaż dzień wcześniej, w sobotę, byłam już na Mszy Świętej niedzielnej). Usiadłam w ławce i poczułam wyjątkowość tej chwili. Wiedziałam, że rozpoczął się czas mojego uwolnienia, uzdrowienia i nawrócenia, czas prawdziwej miłości, pokoju i bezpieczeństwa.

Siedziałam na wprost obrazu Matki Bożej, Tej, która tego dnia była ze mną od świtu, od momentu, kiedy się obudziłam i trzymając w ręku różaniec, błagałam Ją o ratunek. I zostałam wysłuchana. To był dla mnie Świt Miłosierdzia, łaska Boża, którą otrzymałam, gdy wezwałam Jej pomocy. Klęczałam w ławce i byłam jak urzeczona. Wydawało mi się, że ta Msza Święta jest specjalnie dla mnie. Czułam się wyjątkowa i szczęśliwa. Ta ogarniająca mnie ze wszystkich stron miłość była tak cudowna, że gdyby ktoś powiedział mi, że nie będę miała nic poza tą miłością, bez wahania zrezygnowałabym ze wszystkiego, co daje świat, byleby tylko jej nie utracić.

Na tej Mszy Świętej doświadczyłam pierwszego cudu przebaczenia. Przebaczyłam osobie, która jak mi się wydawało, najbardziej mnie w życiu skrzywdziła. Zniknęło uczucie gniewu, złości, nienawiści i chęci odwetu. Poczułam jakby ktoś zdjął mi z barków ogromny ciężar. Nie chciałam, aby ta Eucharystia skończyła się. Po raz pierwszy od wielu lat byłam szczęśliwa. Niestety, Eucharystia skończyła się, ale niedziela cudów trwała nadal. Klęcząc w ławce, uświadomiłam sobie, że nie mogę tu zostać na zawsze i że tak naprawdę przyjechałam tutaj, żeby znaleźć ks. prałata Mariana Rajchla. Wstałam, rozejrzałam się dookoła i zaczęłam zastanawiać się, gdzie jest zakrystia. Miałam nadzieję, że tam dowiem się, gdzie mogę znaleźć ks. prałata. Serce biło mi jakby chciało właśnie wyskoczyć, a w głowie kłębiły się wątpliwości, co będzie, jak okaże się, że przyjechałam na próżno, że go nie znajdę.

Podeszłam do drzwi zakrystii i powoli je otworzyłam. Poza księdzem, który sprawował Mszę Świętą, a teraz z ogromną starannością składał albę, nie było w niej nikogo. Z sercem na ramieniu podeszłam bliżej i zapytałam o ks. Rajchla. Spojrzał na mnie i delikatnie uśmiechnął się. Wyjaśnił, że ks. Marian teraz na pewno jest w swoim mieszkaniu, bo był na Mszy Świętej i spowiadał. Dokładnie wytłumaczył mi, jak do niego trafić, a po chwili powtórzył wszystko jeszcze raz, jakby chciał się upewnić, że nie zgubię się gdzieś po drodze. Po raz kolejny tego dnia oczy otworzyły mi się szeroko ze zdziwienia. Przyzwyczajona do świata, z którego przyszłam, świata pełnego egoizmu, obłudy, kłamstwa i nienawiści, niespodziewanie zetknęłam się ze światem pełnym serdeczności, pokoju, dobroci oraz pokory.

Wszystko działo się, jakby ktoś z góry dla mnie zaplanował ten dzień. Każda minuta tego dnia była jak z najpiękniejszego snu. Wychodząc z zakrystii, obejrzałam się dla upewnienia, że to nie sen. Ksiądz nadal tam był i patrzył w moją stronę, jakby chciał powiedzieć, że nie jestem sama i teraz już wszystko będzie dobrze. Pomyślałam, że kiedyś przyjdę podziękować mu za to, ale nie miałam pojęcia, jak się nazywa, jak mogłabym go odszukać i czy kiedykolwiek jeszcze go spotkam. Byłam natomiast pewna, że jest człowiekiem Pana Boga.


Wyszłam z kościoła. Był cudowny, ciepły dzień. Dochodziła godzina 18:00. Poszłam w stronę bramy, a potem w lewo, szukając mieszkania z pierwszym daszkiem, tak jak wyjaśnił mi wcześniej kapłan w zakrystii. Stanęłam przed drzwiami i tuż obok dzwonka do drzwi zobaczyłam napis: ks. Marian Rajchel. Nacisnęłam dzwonek i z bijącym sercem czekałam. Wydawało mi się, że upłynęły całe wieki, ale w końcu za drzwiami usłyszałam kroki. Drzwi delikatnie otworzyły się i pojawiła się postać o pięknej, choć doświadczonej, twarzy. Wyjaśniłam, skąd jestem i dlaczego pojawiłam się, nie będąc wcześniej umówiona.

Był zaskoczony, że przyjechałam z tak daleka. Do tej pory brzmią mi w uszach jego słowa: „Dlaczego pani nie zadzwoniła? Gdyby pani zadzwoniła, powiedziałbym, że dzisiaj spotkanie nie będzie możliwe. Najwcześniej za około dwa tygodnie.” Słuchając tych słów, zrozumiałam, dlaczego żadnemu z braci kapucynów nie było dane znaleźć numeru telefonu do księdza Rajchla, a jedynie jego adres. Gdybym zadzwoniła, nie doszłoby do naszego spotkania. To kolejny cud tego dnia. Z niewiadomych powodów ks. Marian poprosił jednak, żebym wróciła za pół godziny.

To było bardzo długie pół godziny, ale kiedy wróciłam, okazało się, że osoba, która była umówiona na 18:00, nie dojechała na spotkanie. Nie mogłam uwierzyć swojemu szczęściu! Wyglądało to tak, jakby Pan Bóg, na długo przed moim przyjazdem, „zarezerwował” mi czas u ks. Rajchla. Ostatecznie zostałam zaproszona do środka i zaczęliśmy rozmawiać. Szybko okazało się, że naprawdę potrzebuję pomocy. Osoby, które zwykle są wsparciem modlitewnym podczas egzorcyzmów odprawianych przez ks. Rajchla, były jeszcze w pobliżu i mogły przyjść. Czekając na nie, rozmawialiśmy, a im bliżej było modlitwy, tym większy ogarniał mnie strach i panika.

Szatan podpowiadał mi, że powinnam uciekać jak najdalej z tego miejsca i nie zastanawiać się nad niczym. Z drugiej strony jednak wiedziałam, że to moja jedyna szansa na ratunek, że jeżeli wyjdę koszmar powróci, a życie znów będzie piekłem. Zostałam i z Bożą pomocą rozpoczęła się modlitwa. Przez czas jej trwania nie mogłam powstrzymać łez. Płakałam bardzo intensywnie i bez przerwy, jakbym chciała tymi łzami zmyć każdy grzech moich, pięćdziesięciu lat życia. Po raz pierwszy doświadczyłam uczucia, że jestem członkiem Kościoła. Tego dnia, w walce z demonami, po mojej stronie stanęła cała Jego potęga. Kościół na mocy swojej władzy prosił w imię Jezusa Chrystusa, abym była wolna od panowania Złego. W którymś momencie kapłan zwrócił się do mnie po imieniu i zapytał:
Czy wierzysz w Boga Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi?
Miałam wrażenie jakby serce zatrzymało mi się, a pytanie było zadane przez samego Pana Boga. Nigdy w życiu nie byłam niczego tak pewna jak odpowiedzi, której wtedy udzieliłam:
• WIERZĘ!
Potem pojawiło się kolejne pytanie:
Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, narodzonego z Maryi Dziewicy, umęczonego i pogrzebanego, który powstał z martwych i zasiadł po prawicy Ojca?
• WIERZĘ!
Czy wierzysz w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, obcowanie Świętych, odpuszczenie grzechów, zmartwychwstanie ciała i życie wieczne?
• WIERZĘ!


We łzach, ale najszczęśliwsza na świecie, rodziłam się do nowego - Bożego życia.
Kiedy skończył się egzorcyzm, wiedziałam, że to właśnie dokonało się. To, co dawne, minęło, a oto <wszystko> stało się nowe (2 Kor 5, 11).
Wychodząc, ks. Marian zasugerował mi spowiedź z całego życia. To człowiek o cudownym sercu. Kolejną niedzielę (tydzień później) miał zarezerwowaną dla swojej rodziny, która przyjeżdżała, żeby go odwiedzić. Zgodził się jednak mnie przyjąć. Nie narzekał, że zabieram mu wolny czas, nie odsyłał na inny termin, ani do nikogo innego. Cieszył się razem ze mną, że wyrwana ze szponów piekła, z jego pomocą, wracam do Pana. Bogu Wszechmogącemu niech będą dzięki za ks. prałata Mariana Rajchla i jego dar kapłaństwa. Ostatecznie umówiłam się, że za tydzień przyjadę do opactwa i najpierw pójdę na Mszę Świętą o 17:00, a potem przyjdę do niego na spowiedź. Miałam więc tydzień, aby dobrze przygotować się do Sakramentu pokuty i pojednania, do spowiedzi generalnej.


Wróciłam do domu. Czułam się wolna i szczęśliwa. Całym sercem dziękowałam Bogu za ten dzień - „Niedzielę cudów” i wszystkich ludzi, których tego dnia Bóg postawił na mojej drodze. Po raz pierwszy od wielu miesięcy zasypiałam pełna pokoju. Jak nigdy dotąd, czułam się kochana i bezpieczna. Nadzieja, że BÓG JEST teraz przekształciła się w pewność. On uratował mi życie. Tego dnia postanowiłam, że od tej pory moje życie należy do Niego i tylko do Niego.


Mijały kolejne dni wypełnione nieopisanym szczęściem. Dni wypełnione świętowaniem obecności Boga w moim życiu i doświadczaniem Jego miłości. W końcu nadeszła niedziela, czas mojej spowiedzi. Przyjechałam do opactwa. Kiedy weszłam do kościoła i usiadłam w ławce, poczułam jakby przestrzeń dookoła mnie przestała istnieć. Był tylko Bóg, Jego wszechogarniająca miłość i ja. W tej miłości Bóg dokonywał w moim życiu kolejnych cudów. Cudów przebaczenia sobie i wszystkim innym, którzy mnie w życiu skrzywdzili. Przygotowywał mnie do przyjęcia Sakramentu pojednania z wszystkimi skutkami duchowymi, ze wszystkimi łaskami, jakie ten sakrament ze sobą niesie.

Całą sobą doświadczałam jak Bóg, z ogromną miłością, troszczył się o mnie. Nikt do tej pory nie troszczył się o mnie tak jak On. Nikt nigdy nie kochał mnie tak jak On - miłością prawdziwą, piękną, czystą, bezinteresowną i nieograniczoną czasem ani przestrzenią. Zrobiło mi się smutno, bo Msza Święta kończyła się, a ja marzyłam, żeby zostać tu na zawsze. Bałam się wychodzić poza mury klasztoru. Nie chciałam wracać do tego nowoczesnego, wyzwolonego świata, z którego tu trafiłam. Do tej pory żyłam w świecie, w którym człowiek jest centrum wszystkiego, najważniejszy. Świecie, w którym to człowiek ustala prawa, również moralne i etyczne. Jego potrzeby i pragnienia są najważniejsze.

Nie chciałam wracać do świata, gdzie mottem życia jest hasło Róbta co chceta, bo ty, człowieku, jesteś wolny, możesz robić, co chcesz, możesz decydować, co jest dobre, a co jest złe. Możesz być jak Bóg. Nie On będzie ci dyktował warunki. Ty będziesz Bogu dyktował warunki...Nic się nie zmieniło! To samo od zarania dziejów. Pierwotne pokuszenie: ...tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło (Rdz 3, 5). Diabeł stawiał przede mną tę pokusę każdego dnia. Takie myśli łatwo wypełniają umysł. Wiem, że jeżeli człowiek zrobi z tego cel swojego istnienia i za wszelką cenę (nie licząc się z nikim ani z niczym) będzie stawiał siebie na pierwszym miejscu, to szybciej niż się spodziewa, stoczy się na samo dno! Walka z demonami to walka na śmierć i życie. Boleśnie tego doświadczyłam. Teraz wiem, że w centrum życia człowieka powinien być Bóg, i to Bóg osobowy - Jezus Chrystus. Tylko z Nim człowiek ma szansę tę walkę wygrać.


Niestety, nie mogłam na zawsze zostać w kościele. Zauważyłam jednak, że Mszę Świętą sprawował ten sam ksiądz, co tydzień wcześniej. Bardzo się ucieszyłam, bo miałam okazję spotkać go znowu, podziękować za Eucharystie i podzielić się cudami, które na nich się dokonały. Weszłam do zakrystii i przywitałam się. Poprosiłam o chwilę rozmowy. Kiedy wspomniałam, że przede mną trudny czas i potrzebuję modlitwy, ksiądz bez wahania zgodził się wspierać mnie modlitewnie. Podczas rozmowy dowiedziałam się, że kapłan, który z woli Boga sprawował Msze Święte, na których doświadczyłam cudów przebaczenia, ksiądz o niezwykłej pokorze i wielkim sercu ma na imię Michał. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będą dni, kiedy jego modlitwy będą mi tak bardzo potrzebne. Ich potęgę czułam także wtedy, kiedy nie miałam siły o nie prosić. Przed wyjściem z zakrystii usłyszałam jeszcze od ks. Michała: „Proszę jechać powoli. Droga może być niebezpieczna”. Nie mogłam uwierzyć, że można troszczyć się o kogoś, kogo w ogóle się nie zna! Trafiłam do miejsca, gdzie na każdym kroku doświadcza się miłości Boga i spotyka niezwykłych ludzi. Słowa ks. Michała zapadły mi w pamięć, tym bardziej, że zwykle jeżdżę zdecydowanie za szybko.


Nadszedł w końcu czas mojej spowiedzi z całego życia. Czas stanięcia w prawdzie przed Bogiem i sobą, zmierzenia się z całą grzeszną przeszłością, czas ogromnej łaski przebaczenia i doświadczenia miłości. Jak tydzień wcześniej, stanęłam przed drzwiami mieszkania ks. Mariana Rajchla i nacisnąwszy dzwonek, cierpliwie czekałam. Drzwi otworzyły się, a ksiądz z uśmiechem zaprosił mnie do środka. Nigdy wcześniej nie przystępowałam do generalnej spowiedzi. To bardzo trudne doświadczenie, ale cieszyłam się, że robię kolejny krok do definitywnego zerwania z przeszłością. Spowiedź trwała bardzo długo. Ogarnięta poczuciem żalu i wstydu zmagałam się ze swoją grzesznością. Nie czułam potępienia, tylko otaczający mnie bezmiar miłości Boga. W ramach pokuty miałam odprawić 9 pierwszych piątków miesiąca. Pomyślałam, że przede mną piękny czas. Czułam się jak dziecko, które pod sercem mamy, przez 9 miesięcy, będzie przygotowywać się do samodzielnego życia. Pożegnałam się z ks. Marianem i tak jak obiecałam, jadąc z przepisową prędkością, bezpiecznie wróciłam do domu.


Od tamtej pory minęło 9 miesięcy. Dzisiaj jest ten wyjątkowy dzień – dziewiąty pierwszy piątek miesiąca. To cudowna dla mnie chwila, bo mój Pan, Jezus Chrystus obiecał, że kto godnie będzie przyjmował Komunię Świętą przez dziewięć kolejnych pierwszych piątków miesiąca, tego On obdarzy łaską śmierci w stanie łaski uświęcającej. Niepojęta jest miłość Boga do człowieka. Niepojęta jest miłość Boga do mnie. Zastanawiam się jak to możliwe, że żyłam do tej pory bez tej miłości? Żyłam, ale staczałam się jak kula po równi pochyłej, na samo dno człowieczeństwa, zmierzając prosto do wiecznej śmierci. Szczęściem, na tej drodze spotkała mnie Jego miłość i Jego miłosierdzie. Uratował mnie od niechybnej śmierci i dał nowe życie. Jakby tego było mało, dał mi też ludzi, którzy jak ten „miłosierny samarytanin”, opiekują się mną i pomagają dojść do pełni sił. Poza bratem Andrzejem, ks. Michałem i ks. prałatem Marianem Rajchlem, których postawił na mojej drodze w „niedzielę cudów”, teraz dał mi jeszcze stałego spowiednika i kierownika duchowego, kapucyna brata Pawła. Nigdy do tej pory nie miałam stałego spowiednika, nie mówiąc już o kierowniku duchowym. Jednak Pan troszczy się o mnie. Od trzech miesięcy jestem pod opieką brata Pawła. Jest bardzo wymagający i stanowczy. Jestem mu za to bardzo wdzięczna, bo wiem, że szatan nie odpuści, nie podda się, nie machnie ręką i nie zrezygnuje z szukania dróg powrotu do mnie. Nie wolno mi ani na chwilę przestać czuwać, bo gdy duch nieczysty opuści człowieka, błąka się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku. A gdy go nie znajduje, mówi: "Wrócę do swego domu, skąd wyszedłem". Przychodzi i zastaje go wymiecionym i przyozdobionym. Wtedy idzie i bierze siedem innych duchów złośliwszych niż on sam; wchodzą i mieszkają tam. I stan późniejszy owego człowieka staje się gorszy niż poprzedni (Łk 11, 24-26).


Brat Paweł uczy mnie, że dzisiaj jest mój czas nawrócenia. Nie jutro, nie za miesiąc, ale dzisiaj! Uczy życia w prawdzie, unikania podwójnego życia i stwarzania pozorów bycia niby sprawiedliwą, wierzącą, ale w rzeczywistości czyniącą coś zupełnie innego. Każe popatrzeć na krzyż, na przebite ręce Chrystusa i mówi, że to w nich jest zapisane moje imię, że dla mnie On pozwolił przebić sobie dłonie 15-sto centymetrowymi gwoźdźmi, zniósł okrutne biczowanie, które rozerwało Jego ciało na strzępy, ponieważ mnie kocha i chce dać mi wolność.


Niestety, diabeł nie odpuszcza. Przyczaja się i czeka na właściwy moment. Uderza zawsze w najbardziej czułe miejsca i wtedy, gdy człowiek najmniej się spodziewa. I przyszedł taki moment 22 lutego 2017 roku. Szatan odizolował mnie od wszystkich. Z niewiadomych powodów najbliżsi odwrócili się ode mnie, a osoby, które znały moją sytuację i mogłyby mnie wesprzeć modlitwą, były niedostępne. Byłam sama w biurze. Płakałam jak dziecko. Ogarnęła mnie przerażająca samotność. Nie wiedziałam, co robić. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Powiedziałam proszę i oniemiałam ze zdziwienia. W drzwiach stał szalenie przystojny, imponująco zbudowany, elegancko ubrany młody mężczyzna z przepięknym, ogromnym bukietem herbacianych róż. Podszedł do mnie i powiedział, że od wielu miesięcy mnie obserwuje, że jestem zachwycająco piękna, bardzo pociągająca i marzy, żeby mógł spędzić ze mną upojne chwile. Powiedział, że mnie kocha i zaopiekuje się mną.

Stałam jak sparaliżowana. Widziałam jak otwiera mi się droga do starego życia, droga piękna, „usłana różami”. Wystarczy skorzystać. Jak łatwy jest powrót! A jeszcze przed chwilą czułam się taka samotna, opuszczona i zapomniana przez wszystkich. Na ułamek sekundy zamknęłam oczy i w myślach modliłam się: „Matko Boża ratuj, bo sama sobie nie poradzę”. Wtedy przypomniały mi się słowa Chrystusa, których uczył mnie brat Paweł: Ja nie zapomnę o tobie. Oto wyryłem cię na obu dłoniach (Iz 49, 15-16) i te, które zapadły mi w pamięć, kiedy czytałam Pismo Święte: Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata (Mt 28, 20). Otworzyłam oczy i ze spokojem w głosie powiedziałam, że pomylił miłość z pożądaniem, że uczucia, o których mówi nie mają nic wspólnego z miłością. Gdyby jego miłość była prawdziwa, nie proponowałby mi upojnych chwil, nie narażałby mnie na zerwanie więzi z Bogiem. Nie tylko mnie nie kochał, siebie również.

Wiedziałam o tym na pewno. Wystarczająco wiele razy w życiu przekonałam się, jak łatwo jest dać się oszukać. Szatan perfekcyjnie naśladuje miłość...na początku, ale gdy wpadnie się już w jego sidła, nie ma dla człowieka litości, znieczula, zniewala, odbiera nadzieję i podsuwa myśli, że czas skończyć z takim życiem. Teraz to rozumiem, choć praktycznie tak właśnie żyłam, w zakłamaniu, udawaniu, wybieraniu lepszego zła, z dala od Boga. Żyłam życiem „na niby”. „Na niby” kochałam i uważałam, że jestem kochana, „na niby” byłam szczęśliwa, choć cały czas szukałam kolejnego szczęścia, „na niby” byłam bogata, choć tkwiłam w duchowej nędzy, „na niby” panowałam nad swoim życiem, choć w mgnieniu oka rozsypało się jak zamek z piasku.
Za nic na świecie nie chciałam, po raz kolejny w życiu, zdradzić Pana Boga i Jego miłości. Nie chciałam być jak „słoń w składzie porcelany”, który tratuje wszystko, nie zauważając tego, że Pan Bóg przyszedł i chciał pomóc. Nie chciałam zawieść ludzi, którzy zostali posłani przez Pana Boga i zmarnować sytuacji, które On zorganizował po to, żeby dać mi szansę na nowe życie. Nie miałam wątpliwości, co zrobić. Uprzejmie, ale stanowczo, pożegnałam się.
Kiedy wyszedł, w jednej chwili całe uczucie osamotnienia minęło.


Matka Boża po raz kolejny, gdy Jej pomocy wezwałem, obroniła mnie. Jest moją najlepszą nauczycielką kobiecości i człowieczeństwa. Jej codziennie oddaję moje życie, moją przyszłość, wszystko, czym jestem i co posiadam.
Matko Boża, cóż Ci dać mogę? Moje całe życie poświęcam Tobie. Ile mi sił starczy, będę rozszerzać cześć Twoją, o Dziewico Różańca Świętego z Pompejów, bo gdy Twojej pomocy wezwałam, nawiedziła mnie łaska Boża. Wszędzie będę opowiadać o miłosierdziu, które mi wyświadczyłaś. O ile zdołam, będę rozszerzać nabożeństwo do Różańca Świętego, wszystkim głosić będę, jak dobrotliwie obeszłaś się ze mną, aby i niegodni, tak jak i ja, grzesznicy, z zaufaniem do Ciebie się udawali. O, gdyby cały świat wiedział, jak jesteś dobra, jaką masz litość nad cierpiącymi, wszystkie stworzenia uciekałyby się do Ciebie. Amen.
Urszula