Trudno jest pisać o sobie. Jednak pragnę to uczynić, by podkreślić, że zawierzenie mojego życia Bogu przez Matkę Najświętszą uratowało je. Więcej, bez Niej umarłabym z bólu wewnętrznego i wycieńczenia.

             Przypomina mi się scena z Pisma Św. o śmierci Łazarza i słowa jego siostry Marii do Pana Jezusa: Panie, gdybyś był tutaj, mój brat by nie umarł (J 11, 32b). Jednak Zbawiciel celowo opóźniał swoje przybycie do chorego Łazarza. Poszedł do niego dopiero wtedy, gdy umarł i tymi słowami wytłumaczył swoją zwłokę: Łazarz umarł. Ale raduję się ze względu na was, abyście uwierzyli (J 11, 14b-15a). Zatem wskrzeszenie Łazarza było czymś więcej niż gdyby został uzdrowiony, przyniosło większą chwałę Bogu, zapowiadało zmartwychwstanie i pewność, że Pan Jezus jest źródłem życia dla wierzących w Niego.

            W pewien sposób odnajduję siebie w tym wydarzeniu. Przez wiele lat szukałam Boga, zapraszałam Go do swojego życia i umierałam. Chrystus zwlekał i ociągał się z przyjściem do mnie. Zaczekał, aż wszystkie moje plany i starania obrócą się w ruinę, by wkroczyć tak, jak chce w naszych czasach Bóg – przez Maryję.

            O konieczności wybrania tej drogi dla tych, którzy przeżywają różnego rodzaju problemy, pisał już w 1862 roku Ks. Fryderyk Faber: Ktoś od lat usiłuje przezwyciężyć określoną słabość, ale mu się to nie udaje. Inny płacze żałośnie, że tak niewielu jego krewnych i przyjaciół zostało nawróconych na wiarę; żałuje że nie ma wystarczającego nabożeństwa. Inny, lamentuje, że ma szczególnie trudny krzyż do niesienia; podczas gdy jeszcze inny ma problemy domowe i nieszczęścia rodzinne… I wydaje się, że na wszystkie te rzeczy modlitwa przynosi niewielką ulgę. Lecz czym można temu zaradzić? Jakie jest na to lekarstwo? Czy jest jakiś środek zaradczy wskazany przez samego Boga?

            Jeśli możemy oprzeć się na objawieniach otrzymanych przez świętych, to środkiem tym jest pełne czci i miłości nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny[1].

            Pamiętam moją ulubioną zabawę z dzieciństwa. Uwielbiałam budować domki w parku, gdzie nieopodal był nasz dom. Zastanawiające było jednak to, że byłam zainteresowana bardziej budowaniem, niż potem zabawą w takim mieszkanku. Zatem zabierałam się do szukania nowych miejsc, by budować. Myślę, że to było przygotowanie do tułaczego życia, które było mi przeznaczone. Można powiedzieć, że byłam „ćwiczona” od dziecka, by przetrwać wiele lat w drodze.

            Jako dziecko niewiele słyszałam o Bogu. Mieszkałam w zamkniętej społeczności komunistycznej z dala od kościoła, gdzie kaplicę zamkową przerobiono na sklep. Pamiętam, jak kupowałam tam pączki i oranżadę nie wiedząc, że to miejsce zostało kiedyś poświęcone Bogu. W tej sytuacji otrzymałam przepiękny dar zupełnie niezasłużonej i darmowej przyjaźni z dziewczynką pochodzącą z wierzącej i bogobojnej rodziny. Niech Dobry Bóg szczodrze obdarzy ich wszelkimi łaskami za to, co dla mnie uczynili.

            To u nich usłyszałam o Bogu, cudach, życiu świętych i chłonęłam tę wiedzę jak gąbka. W wakacje byłam zapraszana na oazy i tak zachwycona wzrastałam. Jednak mimo tylu łask samo pragnienie, by jako dorosła kobieta wejść w piękny, święty i rozmiłowany w Bogu związek małżeński, nie wystarczyło. Diabeł trzymał nad moim życiem łapę. Po ludzku można by powiedzieć, że miałam pecha i oczy zamknięte, aby przyjąć dobro.

             Nie potrafiłam wybierać właściwie. Czekało na mnie ciężkie życie i mimo wielu porażek nie przyszło mi nigdy do głowy, by pomyśleć o Bogu źle, czy Go oskarżać o nieudane życie. To brak duchowej ochrony z racji bycia dzieckiem poczętym poza sakramentem małżeństwa, a także moja niedojrzałość i naiwność oraz niezłomna wiara w dobro w drugim człowieku pisały bolesną historię życia. Moi Rodzice tworzyli związek na zasadzie cywilnego kontraktu, ale nie wyrzekli się Boga. Tak jak umieli najlepiej dbali o swoje córki i dziś wiele im zawdzięczam. Jednak w duchowej przestrzeni zły duch uzurpował sobie do nas prawo.

             Gdy miałam 9 lat przeżyłam molestowanie ze strony pedofila, który mi powiedział, bym nie mówiła nikomu o tym, co się stało. Ten mężczyzna był stolarzem i alkoholikiem. Pracował w naszym nowo budowanym domu przy boazerii, a w tamtych czasach postrzegano ten sposób wykończenia wnętrza jako piękne. Byłam dzieckiem, nazbierałam bukiet polnych kwiatów i poszłam temu panu podziękować. Takie bukieciki przygotowywałam, gdy z Rodziną jeździłam do Babci. Czysta i niewinna intencja spotkała się z plugawą zachcianką chorego wnętrza pedofila.

             To było jednorazowe zdarzenie, po którym już do tej osoby nie poszłam. Jednak coś we mnie umarło, zamknęło usta na wiele lat i nie pozwoliło rozwinąć się prawidłowo. Do tego dołożyło się moje niskie poczucie wartości i jako już osoba dorosła, nie potrafiłam bronić się wobec doświadczanej przemocy psychicznej i fizycznej. 

             Jako młoda kobieta modliłam się o dobrego męża. Po latach zrozumiałam, że Bóg nie mógł spełnić mojej prośby co do pragnienia dobrego męża, bo nie byłam dojrzała do budowania relacji. Tu zaczęła ujawniać się krzywda zadana przez pedofila oraz to, że w okresie mojego dorastania nie miałam dobrej relacji z Tatą, który nie miał dla mnie czasu. Takie zranienia może tylko Bóg uzdrowić.

             Kolejne porażki okazały się zwiastunem odnalezienia prawdziwej Miłości, która jest tylko w Bogu. Wcześniejsze lata były próbami założenia rodziny, jednak zło podsuwało niewłaściwe osoby, dlatego nie mogło spełnić się moje marzenie, by być szczęśliwą żoną i matką. Pragnęłam budować moje życie zgodnie z nauczaniem Kościoła, często obrywając za moje poglądy. Nie wchodziłam w związek partnerski, dążyłam do małżeństwa sakramentalnego. Popełniane grzechy i słabości na bieżąco oddawałam Bogu w sakramencie spowiedzi. Walczyłam o to, by wiara mogła się we mnie rozwijać, jednak byłam zbyt osłabiona wewnętrznie. Nie potrafiłam też pomóc moim bliskim przybliżyć się do Boga. Jedynie poprzez pracę realizowałam to pragnienie, by robić coś dla Niego i tak Boże ziarenko powoli wzrastało wśród kąkolu.

            Podczas różnych rekolekcji słyszałam o Bożych obietnicach, których spełnienia oczekiwałam. Lecz moje życie zamiast przechodzić od błogosławieństwa do błogosławieństwa, zaliczało porażki. Nikt z poznanych w tamtym okresie osób wierzących nie powiedział mi, że potrzebuję Maryi jako pośredniczki w zdobywaniu łask. Nikt nie zauważył, że potrzebuję modlitwy uwolnienia, by pozbyć się bezpośredniego działania złego ducha w moim życiu osobistym. W końcu przestałam brać udział w spotkaniach  wspólnoty, gdzie wydawało mi się, że opowiadają bajki. Przeżyłam czas pustyni, gdzie Najświętsza Maryja Panna przeprowadzała mnie przez proces uwolnienia, oczyszczenia, uzdrowienia w stronę uświęcenia.

            Tu Matka Najświętsza posłużyła się posługą ks. Mariana Rajchla, który usłyszał o moim trudnym życiu. Wylałam przed nim wiadro łez i zrozumiał mnie, powiedział do mnie: Czas na zmiany. Otrzymałam wszelkie potrzebne wsparcie z jego strony. Mogę powiedzieć, że ksiądz Marian Rajchel uratował mnie. Mam w pełni świadomość, że bez jego wsparcia nie poradziłabym sobie w dalszych latach życia nosząc w sercu tak wiele ran. Ten Kapłan przywrócił mi nadzieję, umocnił wiarę do dalszej walki o dobrą przemianę życia i udało się!

            Ksiądz Marian Rajchel powiedział kiedyś, że osoby z rodzin pozbawionych ochrony duchowej, ze związków cywilnych, partnerskich są szczególnie narażone na wpływ złych duchów, które wręcz przyczyniają się, by na drodze takich osób pojawiali się ludzie, którzy mogą mieć negatywny wpływ na ich życie. Tu ksiądz prałat zauważył u mnie przysłowiowego pecha i zaproponował modlitwę egzorcyzmu. Ksiądz poprosił też na modlitwie o Słowo dla mnie i usłyszałam, że jestem ważniejsza niż wiele wróbli (Łk 12, 4-8).

            Po tej modlitwie ruszyłam w stronę dobrej przemiany życia, a po dwóch latach byłam już niewolnikiem Maryi. Dlatego myślę, że ta modlitwa Kościoła pomogła mi obrać właściwy kierunek. Podczas 33-dniowych ćwiczeń usłyszałam od ks. Mariana, że rusza budowa osiedla małych domków i jeśli chcę, to jeden z nich może być mój. To była pierwsza dobra informacja ratująca moją sytuację osoby umęczonej, bez możliwości na poprawę sytuacji, bez stałego miejsca pobytu. I tak z perspektywy czasu zrozumiałam, że Boże obietnice są prawdziwe, jednak w moim przypadku brakowało wcześniej pośredniczki w wypraszaniu tych łask – Maryi. Pierwsza Boża obietnica, która się spełniła była ściśle związana z Matką Bożą. Po moim zawierzeniu otrzymałam Słowo: Zbuduje ci dom[2].

            Do tego jednak potrzebowałam szczególnej przemiany. Zmagałam się od wielu lat z wieloma blokadami wewnętrznymi i paraliżującym lękiem i Matka Najświętsza wyprosiła dla mnie łaskę uwolnienia od tego. Gdybym nie doszło do takiej zmiany, to nie ruszyłabym w stronę budowy własnego domu bez środków finansowych. A tak kupując działkę za pożyczone pieniądze, otwarta na cudowne działanie Boga zobaczyłam lawinę osób, które chciały mi pomóc. Doświadczyłam obfitości zdarzeń, zamówień, możliwości zarobienia na pokrycie wydatków związanych z budową domu… Gdybym nosiła w sercu lęk, nie byłabym w stanie wejść w budowę domu bez początkowego kapitału i bez zdolności kredytowej. Tu patronat Ks. Mariana Rajchla, Jego doświadczenie i to, że był szaleńcem bożym o wielkim sercu, sprawił ten cud.

            Wcześniej, przed okresem tych cudownych zmian, podczas spowiedzi generalnej usłyszałam od ks. Mariana Rajchla, że diabeł chciał mnie zniszczyć. Niestety doprowadził mnie na dno, gdzie ledwo żyłam, z dnia na dzień w bólu wewnętrznym do granic wytrzymałości po przegranym życiu, przegranej miłości, bez perspektyw na zmianę. Bez sił, nadziei i odwagi, by zapytać po co żyję? Z nieprzyjacielem musiałam też toczyć wieloletnią walkę, w różnych okresach życia przychodził w nocy, by mnie dręczyć. Z dopustu Bożego uczyłam się walczyć modlitwą. I tak na sobie wypróbowałam to, że bardzo skuteczną modlitwą jest „Zdrowaś Maryjo…”, „Pod Twoją obronę…”, „Święty Michale Archaniele…” oraz wzbudzanie uwielbienia i miłości w sercu do Boga i Maryi. Tej temperatury miłującego serca nieprzyjaciel nie potrafi znieść  i odchodzi. Natomiast lęk go przyciąga, dlatego musimy wydoskonalać się w miłości. W jaki sposób? W myśl zasady – aby kogoś pokochać, trzeba go poznać. Zawierzenie Maryjne jest realną ochroną przed złym duchem.

             Nawrócenie to zmiana myślenia, która zachodzi w czasie. Jako ofiara nie dostrzegałam uzależnienia od osób, które mnie krzywdziły. Nie dostrzegałam własnej odpowiedzialności za jakość życia, które buduję. Funkcjonowało we mnie myślenie podobne do stwierdzenia, które kiedyś usłyszałam od pewnej kobiety, żony alkoholika – nie dbam o siebie, bo mąż pije…

            W ten sposób łatwo przychodziło mi obwiniać innych za zły stan relacji. Dopiero po zawierzeniu Maryjnym, kiedy doświadczam bycia oddzieloną, chronioną od toksycznych środowisk, powoli zaczynam budować swoje życie już nie na piasku, tylko na skale. W spokoju duchowej przestrzeni w jakiej teraz żyję mogę poznawać Matkę Najświętszą co zawsze prowadzi do zachwytu. Rośnie we mnie pragnienie, by Ją naśladować i tak uczę się od Najpiękniejszej z kobiet budować relacje. Ona uczy jak żyć w codzienności, jak odkrywać w Niej piękno własnej kobiecości, jak o siebie dbać, a w świecie jak budować granice.

            Matka Najświętsza rozważała w swoim sercu Słowo Boga, a także znaki czasu, w którym żyła. Dziś sama mogę Ją naśladować i podczas modlitwy osobistej recytować Psalm 91.

Kto przebywa pod osłoną Najwyższego
i w cieniu Wszechmocnego mieszka,
mówi do Pana: «Ucieczko moja i Twierdzo,
mój Boże, któremu ufam».
Bo On sam cię wyzwoli
z sideł myśliwego
i od zgubnego słowa.
Okryje cię swymi piórami
i schronisz się pod Jego skrzydła:
Jego wierność to puklerz i tarcza.
W nocy nie ulękniesz się strachu
ani za dnia - lecącej strzały,
ani zarazy, co idzie w mroku,
ni moru, co niszczy w południe.
Choć tysiąc padnie u twego boku,
a dziesięć tysięcy po twojej prawicy:
ciebie to nie spotka.
Ty ujrzysz na własne oczy:
będziesz widział odpłatę daną grzesznikom.
Albowiem Pan jest twoją ucieczką,
jako obrońcę wziąłeś sobie Najwyższego.
Niedola nie przystąpi do ciebie,
a cios nie spotka twojego namiotu,
bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie,
aby cię strzegli na wszystkich twych drogach.
Na rękach będą cię nosili,
abyś nie uraził swej stopy o kamień.
Będziesz stąpał po wężach i żmijach,
a lwa i smoka będziesz mógł podeptać.

Ja go wybawię, bo przylgnął do Mnie;
osłonię go, bo uznał moje imię.
Będzie Mnie wzywał, a Ja go wysłucham
i będę z nim w utrapieniu,
wyzwolę go i sławą obdarzę.

Nasycę go długim życiem
i ukażę mu moje zbawienie.

            Mogę, zachęcona przykładem Matki Najświętszej, próbować żyć tym Słowem. Przylgnąć do Niego tak, by w tym Słowie zobaczyć swoją rzeczywistość. Zaufać i odetchnąć, bo okrywa mnie cień Najwyższego tak jakby nade mną rozpościerał się klosz Maryjnej obecności, Jej matczynej opieki. W Niej możemy przybliżać się do Boga, żyć w przestrzeni łaski.

Chwała Bogu Wszechmogącemu, że dał nam Najświętszą Maryję Pannę. Ave Maryja !

Małgorzata

 

[1] L.M. Grignion de Montfort, Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny, Drukarnia APOSTOLICUM, Ząbki, 2021, s. 31-32.

[2] 2 Sm 7,27.